"A skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?"

(Łk 1,43)

Jubileusz 60 - lecia

Kamedułki pod opieką Złoczewskiej Pani

Tadeusz Pulcyn

obraz

Założycielem Zakonu Mniszek Kamedułek jest św. Romuald. Żył na przełomie X i XI wieku. Urodził się w Rawennie, w rodzie tamtejszych książąt. W latach młodzieńczych gustował w polowaniach, ale nie trofea myśliwskie stały się jego pasją. Kontakt z przyrodą był dla niego doświadczeniem religijnym. W leśnym gąszczu kontemplował Boga i marzył o mniszych pustelniach. Myśl o życiu eremickim nurtowała go od chwili, gdy jego ojciec w brawurowym pojedynku zranił śmiertelnie swego brata.

Romuald, cierpiąc z powodu śmierci stryja, postanowił zadośćuczynić Bogu za grzech ojca surową pokutą w oddaleniu od świata. Wstąpił do zakonu benedyktynów w Classe. Długo jednak wahał się przed podjęciem decyzji pozostania wśród mnichów na zawsze. Dopiero po ich naleganiach miał powiedzieć: „Gdy ukaże mi się święty Apolinary, patron tego klasztoru, to zostanę we wspólnocie do końca życia”. Wedle przekazów święty patron ukazał mu się dwukrotnie. Został więc benedyktynem.

Później, nie tracąc łączności z macierzystym klasztorem, osiadł na bagiennym wybrzeżu pod Wenecją, gdzie pod przewodnictwem duchowym innego pustelnika, słynnego wówczas o. Maryna, żył w ukryciu. Studiował żywoty Ojców Pustyni. Stworzył nowy sposób życia eremickiego oparty na wspólnocie pod przewodnictwem opata. Zajął się wkrótce zakładaniem klasztorów i pustelni w Italii. W latach 1023-1025 założył na terenie darowanym mu przez hrabiego Maldoli (na Campo Maldoli, stąd: camaldoli) erem, który stał się główną siedzibą mnichów eremitów, od których zakon kamedulski wziął nazwę.

Powołane do pustelni

Św. Romuald nie zostawił swojemu zakonowi reguły, lecz polecenie, aby zachowywał regułę św. Benedykta, która obowiązuje kamedułki do dziś. Dokładne wskazania dotyczące kamedulskiego życia są zawarte w konstytucjach zakonnych. Św. Romuald podkreślał - za św. Benedyktem - że w klasztorach ma panować atmosfera rodzinna, oparta nade wszystko na relacjach osobowych, a nie tylko formalnych. Przełożony klasztoru ma być ojcem dla wspólnoty, a nie zarządzającym nią ekonomem. Analogicznie w żeńskich klasztorach przeorysze winne „mieć doskonałe cechy matki”.

  • Czy trudno być matką kilkunastoosobowej mniszej rodziny? – pytam przełożoną złoczewskiej wspólnoty, m. Weronikę Sowulewską.
  • Jesteśmy za klauzurą, w domu okolonym wysokim murem, zdane na Bożą Opatrzność i w pewnym sensie na siebie – mówi m. Weronika. – Wierzę głęboko, że nasza rodzina zakonna jest w troskliwych rękach Boga; to On uczynił mnie matką i dopuścił do udziału w Jego ojcowskiej trosce. Największym trudem jest zapewnienie utrzymania wspólnocie - zwłaszcza w obecnych czasach - gdyż nie mamy stałego źródła dochodu.

Pan Bóg przywiódł nas tu z różnych stron i stałyśmy się rodziną. Każda z mniszek jest inna i każda ma swoje i pragnienia i oczekiwania, ale to nie przeszkadza nam w budowaniu siostrzanych więzi. Jak w każdej rodzinie, bywają drobne spięcia. Jednak każda z nas ocenia je z perspektywy swojego powołania. Zapewniam pana, że nikt bez powołania zakonnego, które daje sam Bóg, nie zagrzeje miejsca w klasztorze.

Żyjemy wartościami ewangelicznymi. Nie rozstajemy się z Pismem Świętym. Każda z nas ma dobrą wolę i pragnie dawać świadectwo o Chrystusie. Jak mogłybyśmy toczyć między sobą wojny, nosząc na palcu serdecznym obrączkę, w którą wtopiony jest krzyż Zbawiciela, znak naszych zaślubin z Nim - do końca życia. Każda kamedułka nosi również krzyż pod szkaplerzem i nie zdejmuje go nawet w czasie wykonywania najtrudniejszych prac fizycznych.

Jeśli dochodzi niekiedy do wymiany poglądów, czy nawet do sporów, to nikt potem nie nosi urazy w sercu. Codziennie wieczorem w czasie komplety kropię każdą mniszkę z osobna wodą święconą... Patrzę na buzie: są pogodne, przyjazne. Gdy któraś z sióstr ma „coś na sumieniu” – jeśli idzie o życie wspólnotowe – przychodzi do mnie, wyznaje winę i prosi o przebaczenie. Niekiedy siostry robią to publicznie. Co jakiś czas jest tak zwana kapituła win, podczas której siostry proszą o przebaczenie całą wspólnotę.

Biblia radzi, aby słońce nie zachodziło nad naszym zagniewaniem (zob. Ef 4,26). Wszystkie bierzemy to sobie do serca.

Żyjemy pełnią życia. Z radością witamy dzień i składamy dziękczynienie Bogu za dary otrzymane w ciągu dnia, gdy udajemy się na spoczynek.

Radość obcowania z sobą manifestuje się często w spontanicznych odruchach, ale najbardziej widoczna jest podczas rekreacji, bo przez cały dzień obowiązuje nas absolutne milczenie... Niedawno modliłam się w kaplicy, gdy dobiegły mnie salwy śmiechu, jakiś aplauz jak na zawodach sportowych. To nasze nowicjuszki wymyśliły nową formę zabawy w chowanego. Odnajdywały się w różnych zakamarkach naszego podwórza gospodarskiego i czyniły taki rwetes. Mniszki bawiły się tak głośno, że kury z impetem sfruwały z grzęd, krowy ryczały, psy ujadały... Ktoś z zewnątrz mógł dziwić się: co się za tym kamedulskim murem wyrabia?

Tak bywa podczas rekreacji, ale przez cały dzień obowiązuje nas ustalony porządek. Wstajemy o 5.30, siostry pracujące w kuchni i w gospodarstwie pół godziny wcześniej. O 6.00 zaczynają się modlitwy poranne – jutrznia. Msza św. jest o 7.00; odprawiana przez jednego z kapłanów parafii św. Andrzeja Apostoła (nasza świątynia przynależy do tej parafii), której proboszczem jest obecnie ks. kanonik Jerzy Brzęczek. Po dziękczynieniu - o 8.00 - mamy śniadanie, a po nim młodzież zaczyna lekcje z mistrzynią nowicjatu. Do 11.30 wspólnota pracuje. Na Anioł Pański wyznaczona jest seksta, połączona z koronką do Miłosierdzia Bożego, później procesyjnie wychodzimy z chóru klasztornego na obiad, odmawiając „Z głębokości wołam do Ciebie, Panie...” (Ps 129). O 13.30 odmawiamy Różaniec, po którym mamy czas na odpoczynek lub na indywidualną modlitwę do, ale już przed 15.00 gromadzimy się w kaplicy, aby uczcić godzinę konania Pana Jezusa. Następnie znów wyruszamy do pracy do 17.00, bo o tej godzinie zaczynają się nieszpory. Potem jest kolacja, a po niej godzina Lectio Divina, czyli indywidualne studium Pisma Świętego.

Dzień kończy się kompletą, po której następuje całkowita cisza. Zasypiamy z Dobrą Nowiną w sercu.

Każda z nas jest pustelnicą, czuje się do pustelni powołana i pielęgnuje pustelnię własnego serca. Jest możliwość całkowitego odosobnienia mniszki od życia wspólnotowego – tak zwanej rekluzji. Ale zanim mniszka zostanie rekluzą, musi upłynąć dużo czasu. To nie może być jedynie kaprys serca, lecz rzeczywiste jego pragnienie zakorzenione w woli Bożej, które wiąże się z wieloma wyrzeczeniami. Rekluza musi być osobą silną, zdolną m.in. do odpierania pokus szatańskich. Musi być mniszką bezgranicznie miłującą Boga, ufającą Mu. Nie bez powodu porównuje się rekluzję do śmierci męczeńskiej.

Chcę podkreślić: pokutniczy i pustelniczy charakter naszego zakonu nie niszczy osobowości, wrażliwości żadnej z nas; niczego nie niszczy, lecz wszystko buduje. Pan Bóg posyła nas za kratę, za mur, ale nas od ludzi nie oddziela. Jesteśmy otwarte na wszystkie ludzkie potrzeby... Zza kraty widzimy je nawet wyraźniej.

Nie mam cienia wątpliwości, że idę właściwą drogą, chociaż zbierałam się do niej dość długo, bo przedtem byłam asystentką, później adiunktem (osiem lat) na muzykologii w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie. Wyjechałam do Francji zbierać materiały do habilitacji i tam dopadł mnie Bóg. Stało się dla mnie jasne, że On chce, abym była nie pracownikiem naukowym, lecz kamedułką - w Złoczewie. Nie gdzie indziej.

Zaraz po maturze usłyszałam o tym klasztorze w rodzinnych Suwałkach od siostry dominikanki. Potem przez wiele lat nie pomyślałam nawet przez chwilę, że zostanę zakonnicą. Dopiero za granicą zapaliło się - nazwijmy to - kamedulskie światełko. Biegałam przez cały Paryż na wzgórze Montmartre do bazyliki Sacre Couer i tam już widziałam siebie w Złoczewie. Kojarzył mi się z bezkresnymi polami i klasztorem pośród nich. I rzeczywiście, jest prawie tak, jak w moich wyobrażeniach.

Wizerunki Matki Bożej

Dzieje cudownego wizerunku Złoczewskiej Matki Bożej rozpoczynają się przed 1616 rokiem. Klasztorny kronikarz bernardyński zanotował wtedy historię znalezienia w lesie obrazu Maryi przez pewnego włościanina, który sprzedał go jednemu z mieszczan. Wizerunek był piękny i promieniował tak potężną mocą, że coraz więcej osób pragnęło go zobaczyć i dotknąć. Andrzej Ruszkowski - właściciel dóbr złoczewskich - ujrzawszy obraz, natychmiast go odkupił; schował do skrzyni w pałacowej kaplicy. O północy wokół skrzyni pojawił się blask, a rano obraz zniknął. Znaleziono go pod murem nowo wybudowanego kościoła. Właściciel zabrał go z powrotem, ale sytuacja powtórzyła się dwukrotnie. Nie miał wątpliwości, że Matka Boża chce, aby Jej wizerunek przebywał w świątyni.

Obraz otoczono wielką czcią i szybko zasłynął łaskami. Ściągali do Złoczewa ludzie proszący Maryję o opiekę. Do połowy XVIII wieku zanotowano w klasztorze ponad 1700 łask otrzymanych u stóp Złoczewskiej Pani. W dowód wdzięczności ofiarowano Jej pod koniec XVII wieku srebrną sukienkę wysadzaną perłami. Fundatorami byli ówcześni właściciele Złoczewa - Urbańscy.

W XIX wieku sporządzono nową, rzeźbioną w drewnie i pozłacaną sukienkę, która przetrwała do naszych czasów. W latach siedemdziesiątych obraz przeniesiono do bocznego ołtarza, który odtąd stał się tronem Złoczewskiej Pani. Przed Nią odprawiana jest w każdą środę uroczysta nowenna, u Jej stóp modlą się nie tylko złoczewianie i mieszkańcy okolic. Przyjeżdżają liczne pielgrzymki; zatrzymują się tutaj w drodze na Jasną Górę. Matka Boża nadal tu udziela hojnie łask. Świadczą o tym składane na ręce sióstr ustne i pisemne podziękowania oraz liczne wota wieszane przy obrazie.

Obecność Matki Bożej w złoczewskim klasztorze nie ogranicza się do tego najbardziej znanego wizerunku. W kościele był otaczany czcią również inny obraz Maryi z Dzieciątkiem. Obecnie znajduje się on w wewnętrznej kaplicy sióstr. Przed Nią modlą się, wypraszając ludziom potrzebne łaski. Obraz przywiózł z wyprawy wiedeńskiej (1683) Wojciech Urbański - kasztelan wieluński, starosta grabowski i właściciel złoczewskich włości - jako wotum wdzięczności za odniesione zwycięstwo nad Turkami. Być może Urbański otrzymał go od króla Jana III Sobieskiego, z którym był w dużej zażyłości. Ten wizerunek Matki Bożej jest wzorowany na słynnym obrazie Łukasza Cranacha Starszego przechowywanym w Innsbrucku. Doczekał się wielu replik, spośród których najsłynniejsza została sporządzona w 1622 roku dla katedry passawskiej. Kopia ta zyskała nazwę Maryi Hilf (Maryja Auxiliatrix, czyli Wspomożycielka). Istnieją niemal pewne dowody na passawskie pochodzenie obrazu przywiezionego przez Urbańskiego.

Maryja jest w Złoczewie obecna w szczególny sposób i z tego świętego miejsca udziela licznych łask – przekonuje matka Weronika. - Jej matczyną dobroć może odczuć każdy, kto tu się znajdzie i choć przez chwilę pozostanie przed Jej obliczem. Wszystkich pragnących tego doświadczyć serdecznie zapraszają złoczewskie kamedułki.

Modlitwa złoczewskiego Bractwa Pocieszenia Najświętszej Maryi Panny z XVIII wieku

  • Najświętsza Maryjo, Matko Boża, Pocieszycielko Strapionych,
  • Ciebie dziś sobie biorę za Panią i Patronkę.
  • Służyć Ci obiecuję i mocno postanawiam, prosząc Cię pokornie,
  • abyś mnie między sługi Twoje policzyła,
  • a we wszystkich potrzebach moich,
  • teraz i w chwili śmierci mojej, obecną była. Amen.